Zainspirowana artykułem, w którym Scott Kelly, astronauta i himalaista radzi jak poradzić sobie z izolacją, postanowiłam podzielić się praktyką, która sprawdza się u mnie od wielu lat, a w tych dziwnych czasach ma niemal terapeutyczną moc.

Odkąd pamiętam kupuje zeszyty, notesy, bruliony. Zwykle z powodu okładki, formy, kolory, struktury papieru. Piszę w nich, rysuję, wklejam.

Pierwszy został zapisany przemyśleniami, rozterkami, nadziejami i marzeniami nastolatki. Kolejny wypełniłam swoimi wierszami, w tamtych nastoletnich czasach. Potem był taki, w którym więcej było rysunków niż słów. A jeśli pojawiał się tekst to zawsze  w duecie z grafiką. Miałam też zeszyt założony w wordzie. Z felietonami. Kolejne pomieścił cytaty z książek, filmów, moje osobiste recenzje. Królowały w nich też tzw. „złote myśli” i „mądrości ludowe”. Niektóre z tych zeszytów wciąż mam. W zielonym pudełko, do którego nie zaglądałam przynajmniej od dwóch lat.

Dziś mam kilka zeszytów, dokładnie trzy, w których piszę równocześnie i kilka innych na półce czekających na swój czas. Trudno mi wyobrazić sobie dnia bez naskrobania choćby jednego zdania. Zapisuję w nich ulotne myśli, raz bardziej błyskotliwe, innym razem – mniej ;), pomysły, plany. Zapisuję cytaty z książek, fragmenty rozmów z córkami. Zdania, które przychodzą do mnie z dedykacją lub mają innego adresata ale poruszają mnie, zatrzymują na dłuższą chwilę. Mam w nich listę filmów do obejrzenia i książek do przeczytania.

Dlaczego piszę i dlaczego zachęcam i Was do tej praktyki? Z trzech tylko powodów: 

#nazywaj rzeczy po imieniu (a ponoć zmienia się w oka mgnieniu…tak przynajmniej śpiewa wokalista Raz Dwa Trzy). Zapisywanie tego, co się dzieje w moim świecie wewnętrznych, w moim sercu, brzuchu, głowie, to najprostsza metoda nie tylko na budowanie kontaktu z sobą ale przede wszystkim na porządkowanie tego, co czasem wydaje się jednym wielkim chaosem. Zapisane myśli, uczucia jest dla mnie jak znajdowanie w górach kolejnego oznaczenia szlaku. 

Zapisywanie pomaga mi z jednej strony dotknąć obszarów, za której jestem wdzięczna, a które gdzieś się ukrywają w tym dziwnym czasie. Z drugiej strony koi te z nich, które są jakieś wystraszone, niepewne. Kiedy sięgam po pióro, to już zaczyna jestem na drodze, na której spotykam się sama z sobą. Nie z tym co ktoś powiedział, zrobił, pomyślał, sugerował czy oczekiwał ale z tym, co ja chcę wybrać, na co mam gotowość, a czym nie chcę się zająć. I z każdym kolejnym zdaniem, rysunkiem jestem coraz bliżej siebie. Uwielbiam ten stan. Pisząc naprawdę czyszczę umysł. Serce też. Z żalu i gniewu.

#przypominaj sobie co wybierasz, za czym chcesz podążyć, czemu/komu chcesz dać swój czas, swoja energię, miłość. Nie raz przekonałam się, pisanie przywołuje to, w co wierzę, pokazuje kierunek, w którym chcę iść. Pamiętam jak w bardzo trudnym momencie właśnie pisząc odzyskałam poczucie wpływu, sensu. Wzięłam odpowiedzialność za to, co się wydarzyło i zmieniłam to, co chciało zostać zmienione, godząc się z tym, co miało inny pomysł niż ja. 

#idź do przodu dzięki retrospekcji, którą dostarcza pisanie. Piszę i dostrzegam schematy. Piszę i widzę obszary, w których działam na autopilocie. Bez widzenia tego niemożliwa jest zmiana. Pisanie to dla mnie kolejna strategia na stawianie w radykalnej prawdzie przed sobą samą. 

A dlaczego akurat teraz warto zacząć pisać?
Bo to najtańsza metoda dbania o swój dobrostan. Trzeba za nią zapłacić nie więcej niż 30 zł, jeśli ma być wersja de lux 🙂