MonikaŻyrafa

Tworzenie własnej historii może być trudnym zadaniem, ale i tak jest to łatwiejsze niż ciągła ucieczka. Uznanie własnej słabości jest ryzykowne, ale mniej niebezpieczne niż wyrzeczenie się miłości, poczucia przynależności i radości. Tylko jeśli wystarcza nam odwagi, by zbadać ciemność, potrafimy odkryć nieskończoną moc światła”.


 

Przeczytałam ją trzy raz. Ostatni, tydzień temu. Za każdym razem inne rzeczy mnie w niej poruszają. I równocześnie za każdym razem przebijały się trzy wartości, które wg Brene są podstawą autentycznego życia: odwaga, współczucie, tworzenie więzi. 

Czytając książkę ma się wrażenie, że jej autorka zaprasza nas do wzięcia udziału w rewolucji na rzecz Autentyzmu. I chodź spotkałam się z opiniami, że książka Brene to kolejny poradnik, i to amerykański, no bo przecież zawiera "złote rady", to gwarantuje Wam, że bliżej jej do autentycznej opowieści, niż poradnika. Książki Brene są efektem jej badań naukowych i osobistego doświadczenia. 

Sporo znalazłam tu "odczarowań". Że można mniej, wolniej, niedoskonale. No i że można siebie kochać, siebie i innych, mimo, że coś poszło nie tak; mimo, że gdzieś spieprzyłam, czegoś nie dopatrzyłam, o coś się potknęłam. Dzięki Brene mam jedno z moich ulubionych rozróżnień kluczowych: perfekcyjne - zrobione, a zrobione oznacza przecież dokończone. 

 

 


MonikaŻyrafa

Zo znalazła ją pod choinką, 
a ja "połknęłam" ją zaledwie w ciągu trzech dni, czytając córce na głos ciekawostki dotyczące życia drzew. Szczególnie interesowało ją wszystko, co dotyczyły
buków (Zo jest w klasie bukowej), a tych tu nie brakuje. Czasem odnosiłam wrażenie, że buk ma tu uprzywilejowaną pozycję. 

Autor, choć nie jest pisarzem, a jedynie, a raczej aż leśnikiem - w przypadku tej książki "aż" ma znaczenie -  zachwycił mnie swoją narracją, w której z jednej strony zawarł pasję i miłość, z drugiej - wiedzę opartą na wieloletniej praktyce i współczesnych badaniach naukowych. 

Choć książka jest o drzewach, co do tego nie ma żadnych wątpliwości, to nie raz łapałam myśli, które krążyły wokół ludzi, relacji, wspólnoty. Co rusz pojawiały się obrazy konkretnych zdarzeń, w których to nie drzewa, a ludzie byli głównymi bohaterami. I to jest to, co w tej książce najbardziej mnie poruszyło - historia życia. 

Las, o którym pisze Peter Wohlleben, to "las życia", w którym drzewa otaczają opieką swoje dzieci, troszczą się o sąsiadów, tworzą społeczność, zawierają przyjaźnie, ostrzegają się przed niebezpieczeństwem (tu znalazłam wątek o żyrafach i ich ulubionych akacjach). Pomagają starszym i umierającym, "bo każde drzewo jest cenne dla społeczności i zasługuje na jak najdłuższe utrzymanie przy życiu".  Zawierają sojusze i koalicje, by chronić się przed wrogami. Postępują zgodnie z zasadami leśnego savoir - vivre. Wędrują, choć nie chodzą i komunikują się, choć nie mówią. 

Zaskakująca była dla mnie informacja o tym, że drzewa mają pamięć, że zanurzone są nie tylko w przeszłości ale i w przyszłości. 

 

 

 

 


MonikaŻyrafa

Nie jestem wyjątkowa. Jest nas wiele/u. Traktujących wrażliwość raz jak błogosławieństwo, innym razem jak przekleństwo. Świętujących poniedziałkowy poranek i opłakujących wtorkowy wieczór. Pragnących żyć odważnie, czyli „naprawdę”, a jednocześnie bojących się zranień i krytyki. Taka też jest Brene Brown, autorka książki pełnej inspiracji. Książki ubranej w opowieści. 

Przeczytałam ją rok temu. Pierwszy raz. I znowu ją czytam. 

 

Zachwyca mnie takie patrzenia na ODWAGĘ, jak patrzy na nią Brene.

Odwaga to bycie wrażliwym, niedoskonałym, nieperfekcyjnym. Odwaga to bycie autentycznym. Bycie takim na zewnątrz, jakim się jest w środku, nawet wówczas, gdy łatwiej i przyjemniej byłoby, gdybyśmy jednak dostosowali się do tego, czego od nas oczekują inni.  

Odważni wychodzą na arenę bez masek i zbroi. Wychodzą ze świadomością, że w pierwszym rzędzie siedzą ci, którzy mogą zranić, skrytykować, wyśmiać. Mówią o tym, co czują, czego potrzebują i w co wierzą, bez pewności że zostaną wysłuchani. Na arenie śmieją się i płaczą. Idą i upadają. Opowiadają i pytają. Żyją. Naprawdę.

Wierzę Brene, która pisze, że życie w pełni, całym sercem jest możliwe tylko wówczas, gdy wykazujemy się  wielką odwagą i pozwolamy się zobaczyć z tym, co w nas żywe. "Gdy udajemy, że możemy uniknąć wrażliwości, to angażujemy się w zachowania, które często są niespójne z tym, kim chcemy być. Doświadczanie wrażliwości, nie jest kwestią wyboru – jedynym wyborem, jaki mamy jest to w jaki sposób zareagujemy, gdy skonfrontujemy się z niepewnością, ryzykiem i sytuacją, w której zdradzimy nasze emocje.”  

 

 

 


MonikaŻyrafa

Co miesięczne wizyty w naszej bibliotece kończą się dzikim piskiem z powodu kolejnej, najnowszej, części "Biura detektywistycznego Lassego i Mai" lub cichą rozpaczą, gdy okazuje się, że ktoś tu przed nami był.  
 
               
 
Lasse i Maja prowadzą cieszące się sławą biuro detektywistyczne i oprócz klientów mają wszystko to, co do rozwiązania zagadki jest potrzebne: aparat fotograficzny, latarki, lusterko, rowery i komisarza policji, na którego zawsze mogą liczyć, a właściwie, to on może liczyć na te dzieciaki.
 
Lasse i Maja mieszkają w małym szwedzkim miasteczku Valleby, które z pozoru ciche, wolne i senne, skrywa w sobie tajemnice niemal za każdym rogiem, a jego mieszkańcy wydają się chować sekret w każdym zakamarku. Idealne miasteczko dla dzieci, które uwielbiają być blisko różnych dziwnych zdarzeń, zaskakujacych zbiegów okoliczności i intrygujących spotkań. Idealna książka dla dzieci, które lubią szukać, łączyć, domyślać się i wyciągać wnioski. Dla dzieci, które tak, jak główni bohaterowie, lubią obserwować, kojarzyć i analizować. Zo za każdym razem zachwycona jest spostrzegawczością Mai i Lassego. Idąc w ich ślady, w trakcie czytania, uważna jest na każdy szczegół, sytuację, zachowanie "podejrzanego" i za każdym razem świętuje sukcesy wspólnie z młodymi detektywami. 
 
Martin Widmark stworzył ponad 20 tytułów będących prawdziwą literaturą detektywistyczną. Z ciekawą narracją, licznymi retrospekcjami, wymagającą od młodego czytelnika uważności i dedukcji. Jego książki zyskały też piękną, choć rysowaną specyficzną kreską, oprawę graficzną. Najpierw czarno białą, a w późniejszych tytułach kolorową.  Narysowani bogaterowie nie przypominają ani tych bajkowych, ani tych rzeczywistych. Są jacy są. 
 

MonikaŻyrafa

Zo znalazła ją pod choinką. Podobnie jak jej przyjaciółka, Basia. Obie są uważnymi obserwatorkami otaczającego je świata więc prezent jest szyty, tzn napisany, na ich miarę :)  

           

W tej książce jest wszystko to, co lubię. Piękne ilustracje, jak z dawnych podręczników, no i ten papier, jak z dawnych lat. Jest też to, co lubi Zo. Okazałość drzew, kolory liści i kwiatów, zwierzęta - sąsiedzi i mieszkańcy drzew liściastych, iglastych, palm, krzewów. A wszystko to wiernie przeniesione ze świata. I "ładniejsze niż na zdjęciu", jak powiedziała moja córka.

Inwentarz łączy w sobie dwie ważne dla mnie cechy w literaturze dziecięcej- estetykę i edukację. Znalazły się tu i całe drzewa, i liście, kwiaty, owoce. I krótkie ale nie encyklopedyczne (czytaj: bezbarwne) notatki, i łacińskie nazwy (Zo jest nimi zachwycona). Bardzo fajnie napisany jest wstęp, w którym autor zawarł informacje o rodzajach liści, sposobie ich wyrastania i  częściach liścia. Aż szkoda, że nie można pobiec do parku by pobawić się w szukanie, zbieranie, zgadywnanie, sprawdzanie i opisywanie. Byle do lata :) 

 

 


MonikaŻyrafa

Sięgnęłam po nią ze względu na ilustrację Mari Ekier. Piękne, prawda? 

                    
A potem przyszedł cza na tekst. 

"Plaster czarownicy i inne baśnie" Małgorzaty Strzałkowskiej to 13 niezwykłych opowiadań. O Smoku, który choć wygląda jak smok, to nie jest groźny; O Królu Franciszku Drugim, który w leśnym Echu znalazł to, czego posłuch i poklask; o Czarownica, która nie chce być taka zła, za jaką ją wszyscy uważają; o wiosennej Maciejce, która choć nie jest tak dostojna jak Tulipan, Narcyzm czy Żonkil, to zachwyca, gdy zapada wieczór; o Wściekłym Królu i Zawziętym Rycerzu, którzy w zaciekłym boju po raz pierwszy dostrzegają piękno świata; o Krasnoludkach, które wiary dać nie mogą w istnienie ludzi niedowierzających w krasnoludkowe istnienie :) 

Niezwykłe to baśnie. 

 


MonikaŻyrafa

Dostałam niezwykłą książkę. Książkę napisaną za pomocą symboli i metafor, z urzekającymi ilustracjami Emmanuelle Houdart. Ilustracjami, które zatrzymywały moje palce przed przełożeniem kartki, skupiały wzrok dłużej niż to mam w zwyczaju i zwalniały mój oddech. Raz nawet serce zaczęło bić szybciej. 

"Szczęśliwi rodzice" Laetitia Bourget to opowieść o tajemnicy życia. O księżniczce i księciu, którym do "wytrwania razem (...) potrzebna była góra miłości i głęboki ocean mądrości". O miłości, tej z bajki i tej z codzienności; miłości która łączy marzenia z rzeczywistością, teorię z praktyką. O miłości, która jest zaczarowana i święta. Która daje życie i w ten sposób rozpoczyna nowego etap w Ich życiu. Zaprasza do nieznanego świata. 

Autorka krok po kroku, spokojnie i cierpliwie, a miejscami dosadnie i dość szorstko, prowadzi czytelnika przez kolejne etapy rodzicielstwa. Te, w których dominuje euforia, radość, wzruszenie, i te, w których gęsto od zniecierpliwienia, zmęczenia i frustracji. Nie buduje Jej i Jemu pomnika, nie upowszechnia odwiecznie powtarzanych prawd.  Pokazuje żywych rodziców; z emocjami wymalowanymi na twarzy, niepewnością gestów, z bezradością wobec swojego dziecka i nadzieją wobec tego, co ich łączy. 

"Szcześliwi rodzice" to opowieść, która nie kończy się na 34 stronie. Jej ciąg dalszy to nasze przemyślenia, refleksje, dopowiedzenia, a może i rysunki kreślone na białej kartce papieru. Po zamknięciu książki historia księżniczki i księcia wciąż trwa. W wyobraźni lub w kuchni, sypialni, samochodzie. Po jej zamknięciu jest jeszcze sporo miejsca dla osobistych interpretacji. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Ewelina Adamczyk (http://www.szmaciankidlajulkiimanki.blogspot.com)

To jeden z nielicznych momentów, kiedy zastanawiam się nad słowami… Jak wyrazić to, co porusza ta bajka…Jak nie powiedzieć zbyt wiele, by czar nie prysł…

Pierwsza refleksja, jaka przyszła do mnie to ta, że to historia o pieśni matki i córki, pieśni kobiet w ogóle. Jednak takiej, której nie słyszą wszyscy i nie każda, nie wszystkie też umieją ją zaśpiewać… Pieśń – więź matki i córki… Próbuję ją śpiewać… To opowieść o pieśni życia, które zatacza koło, rodzi się i umiera, odchodzi i zmienia się… Jest więc i ból rozstania, i tęsknota, i rozpacz… choć ta rozłąka nie przynosi wyłącznie goryczy i cierpienia… Uczę się tak żegnać…

To także baśń o wolności wyboru, pomimo więzi, a może dzięki niej… O zaufaniu do intuicji i kompetencji małego człowieka. Chcę tworzyć przestrzeń dla takiej wolności…

To legenda o miłości braterskiej takiej, co to na co dzień trudna i szorstka, a w głębi serca czuła i oddana. Taką obserwuję każdego dnia…

To wreszcie obraz zachwycający barwami, uwrażliwiający na sztukę w najlepszym tego słowa znaczeniu. Oczarował i moją córkę. Podobnie jak muzyka.

Obie wyszłyśmy oczarowane, zaczarowane, wzruszone i zachwycone. I po raz kolejny doświadczyłam wdzięczności za obecność córek w moim życiu. Jestem głęboko przekonana, że jeszcze nie raz powrócę do tej opowieści, a jeszcze bardziej wierzę w to, że nie odkryłam wszystkich jej tajemnic i znaczeń. Dlatego chętnie popłynę za „Sekretami Morza”.

 


MonikaŻyrafa

Kocham Gruffalo. Wszystko w nim kocham. I wokół niego też wszystko. 

Gruffalo, czy to Mały czy Duży, zachwyca mnie swoją nieoczywistością, powtornością i brzydotą. Bo oto przed dziecięcymi oczami wyrasta prawdziwy potwór. Nie żaden tam bajkowy ale taki, co to mógłby mieszkać w najdalszym ząkątku lasu, tam gdzie nawet najodważniejszy raczej nie chodzą na spacery. 

    Julia Donaldson i Axel Scheffler stworzyli powtora o koślowanych  
   kolanach, grzbiecie pokrytymi fioletowymi kolcami, pomarańczowych  
   oczach, języku czarnym jak smoł
a, o straszliwych kłach, szponach i pysku  
  
"straszliwie uzębionym", by wspierać dziecięcy spryt, pomysłowość,
   zadziorność i
 "niegrzeczność" :) By przed Małymi (Mała jest Mysz  
   szukająca przerażąjącego Gruffalo i Mały jest Mały Gruffalo tropiący
   Ogromną
 Mychę) snuć opowieść o tym, że w "małości", "słabości" jest siła,
   która może zmienić historię. By przed Małymi (a może i Dużymi)
   roztoczyć wizję, w której siła płynie z przekonania o tym, kim się jest i
   zaufania do swoim możliwości. 

   

 

Książka oprócz pięknych, bo nie bajkowych :), ilustracji zachwyciła moje  córki rymami i powtarzającymi się fragmentami. Jak mantrę powtarzały: 
  "Wtem... Co to? Na śniegu wyraźne są ślady! Kto chce wiedzieć czyje, ten  idzie na zwiady."

Warto sprawdzić czy i Wasze dzieciaki pokochają Gruffalo. 


Ewelina Adamczyk (http://szmaciankidlajulkimanki.blogspot.com/)

Myliłby się ten, kto pomyślałby, że to książka dla dziewczynek, no co najwyżej dla dzieci.

To prawda, że „Piaskowy Wilk” to opowieść o małej Karusi, mieszkającej w domu przy plaży, to prawda, że towarzyszem jej zabaw może być postać wyimaginowana. Ale prawdą jest i to, że zatrzymując się na tych dwóch faktach, nie zobaczymy głębi historii, nie weźmiemy niczego dla siebie, choć szczerze powiedziawszy, trudno mi to sobie wyobrazić ;)

Kim jest Piaskowy Wilk? Tak naprawdę nie wiem… ma błyszczące futerko w kolorze piasku i jest na świecie od zawsze. Właściwie może być wszystkim… Złocistym cieniem, albo podmuchem wiatru… Okrętem lub baletnicą… Piaskowy Wilk po prostu zawsze jest dokładnie taki, jaki być powinien, to znaczy jest otwarty i uważny, dzięki czemu potrafi współbrzmieć z Karusią  i jej stanem ducha.  Snuje opowieści zapierające dech w piersiach i tłumaczy dziewczynce tajemnice otaczającego ją świata. Zawsze ma dla niej czas

Niezastąpiony przyjaciel, towarzysz, przewodnik… wtedy, gdy Karusia musi zmierzyć się z trudną rzeczywistością:
- gdy niespodziewanie budzi się w nocy i zastanawia się, gdzie są kolory…
- gdy znajduje martwego szpaka i poznaje smutek i ból towarzyszący śmierci…
- gdy po raz pierwszy zostaje sama w domu i kuchenka dziwnie na nią patrzy…
- gdy ucieka z domu po kłótni rodziców…
Zawsze wtedy biegnie na plażę, do Niego szukać wsparcia i zrozumienia.

Kto nie chciałby mieć kogoś takiego zawsze pod ręką? Kto nie chciałby być kimś takim dla swojego dziecka? Kogoś,
kto przypomni, że: „Zrzędzenie, marudzenie(…) to takie puste gadanie. Gadanie, z którego nic nie wynika. A usterka najczęściej dotyka uszu.”

Nazwie rzeczy od nowa :„Siniaki to takie medale za robienie rzeczy niebezpiecznych… Takie medale odwagi”.
I przypomni o raz wybranej drodze…

Mała Karusia zaś otworzy oczy i pomoże spojrzeć z dziecięcej perspektywy: „ Nie usiedzi człowiek mały jak dorosły skamieniały. Rośnie rano, rośnie w nocy, strzela w górę jak z procy. A nogi sobie wierzgają i wierzgać nie przestają"
„ – Tak, tak, to bardzo fajnie! – powiedział tata, szeleszcząc gazetą. Karusia od razu zrozumiała, że tata wcale jej nie słucha.
Gdy nie słuchał, zawsze tak odpowiadał – tak, tak,  bardzo fajnie!”

Naprawdę nie wiem, komu bardziej podoba się Piaskowy Wilk – mnie czy mojej córce.


MonikaŻyrafa

Terrego Pratchetta znam. Z opowiadań tych, którzy uwielbiają litertatur fantastyczną dobrego pióra. Podobno dobrze jest mieć coś do powiedzenia na ten temat. No to od dzisiaj mam. 

Wieczorną sesję czytelniczą rozpoczęłyśmy od "Smoków na zamku Ukruszon".  Już pierwsze opowiadanie ujęło mnie zarówno warstwą językową, jak i graficzną. Lubię książki, które w obu tych warstwach nie są "nadmiarowe". Z kolei Zo zachwyciła głównie możliwość czytania okrzyków, westchnień, wyznań i zobowiązań bohaterów, bowiem wydawca postanowił miejscami używać dużej, pogrubionej czcionki. Chwała mu za to. 

Lubię takie książki. Z jednej strony lekkie, przyjemne i zabawne, z drugiej - przekazujące prawdy praprzodków. Historie bohaterów, nie tylko tytułowych smoków, ale i czarownika o szpicastym kapeluszu, żądnych przygód żłówia, mieszkańców Dywanu, księcia Edwo czy samego Świętego Mikołaja, budowane są tak, by przypomnieć o tym, że stereotypy nie budują relacji, dialog jest szansą na rozwiązanie konfliktu, a tolerancję i przyjaźń warto traktować jak drogowskazy. A to, co mnie chyba najbardziej ujęło, to fakt, że miło prostych i miejscami oczywistych rozwiązań, Prachett nie trąci myszką. 

Podobają mi się te proste historyjki, w których jest i miejsce na sarkazm, którego Zo nie rozumie, i zabawne triki, o których opowiada leżąc już w łóżku. 

A ponadto to pięknie wydana książka. 

 


Marta Sikorska, mama Bu (http://www.equieducation.pl)

 Tajna misja Mamy Mu

Ponieważ są wieczory kiedy czytam 5 książek o Mamie Mu pod rząd, czasem nawet czytam jedną z nich dwukrotnie (tą kiedy Mama Mu ma wypadek i skaleczenie), to mam wiele przemyśleń na ten temat.

Obejrzałam sobie Mamę Mu i Pana Wronę (głównych bohaterów sagi) od spodu, od boku i od tyłu i chyba z każdej możliwej perspektywy. Każda mnie urzekła. Żeby zachęcić do sięgnięcia po tą serię napiszę o perspektywie zmęczonego rodzica. Rodzica, który chciałby być wystarczająco dobry, takiego, który chce się rozwijać, chce czytać mądre książki, chodzić na warsztaty i zawsze ale to zawsze być niczym kwiat lotosu na tafli jeziora…Chciałby ale nie ma czasu, nie wie jak, bardzo się stara ale wciąż czuje, że to nie to, itp. itd. W takie dni, kiedy tak się czuję, biorę Mamę Mu na warsztat do snu. Kiedy widzę okładkę książeczki, na której krowa zjeżdża na sankach wiem, że uśmiech prędzej czy później się wedrze na usta. Fizjologia szczęśliwie sprzężona jest z psychiką, im więcej uśmiechu, tym więcej rozluźnienia, spokoju, bycia tu i teraz czyli wszystkiego co wieczorem przy dziecięcym łóżeczku potrzebne, tego w ogóle potrzebne. Ale nie o tym, jaka zabawna jest w swojej fizyczności Mama Mu chciałam napisać. Każda z przygód Mamy Mu i Pana Wrony opiera się na podobnej dynamice. Mama Mu czegoś pragnie – czegoś z pozoru prostego i zwyczajnego (jazda na sankach, budowa domku na drzewie czy huśtanie się), ale jednocześnie czegoś, czego krowy po prostu nie robią, nie powinny robić, nie można im robić. Na straży tego, co krowie wypada lub nie stoi Pan Wrona. Mama Mu może zawsze liczyć na jego NIE (Jesteś krową. Krowy nie budują. Krowy leżą, jedzą trawę i gapią się przed siebie) i mocno krytyczną postawę jeśli chodzi o realizację jej pomysłów. Często słyszy więc o tym, że znowu coś wymyśliła, czy nie dosyć już ma kłopotów, że kto to słyszał, i że Pan Wrona do tego ręki nie przyłoży. Mama Mu jest mistrzynią „puszczania”. Zamiast pójść za NIE ona idzie za TAK. Mówi o przyjaźni, o tym jak chciałaby, żeby ta przyjaźń wyglądała, w zasadzie nie próbuje Pana Wrony przekonywać tylko jasno i konkretnie wypowiada swoje prośby (żeby pomógł zawiesić huśtawkę, czy żeby wytarł krowy z białej farby). I gdzie tu coaching rodzicielski? Jakże często bywam Panem Wroną. Choćby w postawie. Mali. Chłopcy. Nie. Bawią. Się. Mąką. Łapię się na tym, że to jakieś moje oczekiwanie i potrzeba kontroli (i czystej podłogi). Za chwilę jestem Mamą Mu, i patrzę na zabawę mąką jak na możliwość, jak na coś małego i zwykłego, co może zamienić najbliższe kilka chwil w niezapomniany moment. Jeśli tylko na to sobie pozwolę. Sobie i Małemu Chłopcu. Każda przygoda Mamy Mu i Pana Wrony ma w sobie ten myk, tą zmianę perspektywy i obietnicę beztroskiej zabawy.

     Poczytajcie! Nie napisałam nic o tym, co Mama Mu daje    
     dzieciom. I nie napiszę, bo chyba krowa na rowerze, sankach
     czy w domku na drzewie budzi ciekawość niezależnie od wieku.
     Mama Mu to postać stworzona przez Jujję i Tomasa Wieslander
     a narysowana przez Svena Nordqvista (od równie ulubionych
     przez nas Pettsona i Findusa). Książki wydało wydawnictwo
     Zakamarki.
 


MonikaŻyrafa

"Gdy dwoje ludzi życie razem, 
to jest im łatwiej, bo są razem, 
i jest im trudniej, bo są razem." 

Tak zaczyna się książka autorstwa Iwony Chmielewskiej (Dwoje ludzi), którą dostaliśmy wspólnie z mężem od naszych przyjaciół.

Niezwykłość tej książki polega na połączeniu obrazu ze słowem. Dzięki temu jest to książka zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci.

To książka, która zatrzymuje, wzrusza, intryguje. Słowa i obrazy stają się lustrem, w ktorym można się nie tylko przejrzeć, ale i zajrzeć za nie, by znaleźć to, o czym być może na głos niełatwo powiedzieć. Nie znajdziecie tu ani recepty na bajkowe "żyli długo i szczęśliwie", ani strategii na rodzinne trudności. Nie ma tu ani prostych rozwiązań, ani jednoznaczych odpowiedzi. Są za to pytania, choć znaku zapytania nie uświadczycie. 
Prostymi metaforami, miejscami aż nadto oczywistymi, a jednak nie irytującymi, autorka opowiada o relacji. O wyborach w relacji. O tym, co łączy i oddala dwoje ludzi. Co wspiera, a co utrudnia kontakt. O dawaniu i braniu. O podobieństwach i różnicach. Zresztą przeczytajcie sami. Kupcie ją robiąc prezent sobie lub drugiemu. 

A kończy się tak:
 "Gdy dwoje ludzi żyje razem,
bywa, że mogą zrobić wszystko. 
Nawet trzeciego człowieka."


Justyna Dawiskiba -Spaleniak, mama, coach, autorka bloga Dobra Zmiana (http://www.dawiskiba-spaleniak-coaching.pl)

Pierwszy raz przeczytałam książkę "Nawet nie wiesz jak bardzo cię kocham" dobrych kilka lat temu – trzynaście, a może piętnaście lat temu. Pracowałam wówczas w Niemczech jako babysitterka u miłej rodziny z dwójką wspaniałych dzieci, w ten sposób dorabiając do studiów. Była jedną z wielu pozycji na półce w dziecięcym pokoju. Pamiętam dobrze, jak po zamknięciu ostatniej karty tej książki powiedziałam do siebie cicho – tę książkę kupię swoim dzieciom, jak już będą na świecie. Tak też uczyniłam. 

Mam taki rytuał, że na urodziny moich dzieci daję zawsze prezenty z trzech „obszarów”: coś dla zabawy, coś dla urody, coś dla umysłu. Prezent dla umysłu to zawsze książka. Na drugie urodziny Ola, moja starsza córka,dostała książkę, którą zaplanowałam dać jej właśnie tego pamiętnego wieczoru. Książka „Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham”, autorstwa Sama McBratneya i ilustrowana przez Anitę Jeram przyszła do nas, aby pokazać nam, jak pięknie i zwyczajnie można, a nawet trzeba, mówić o miłości. 

„Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham” to prosta, urokliwa, a zarazem wzruszająca opowieść o miłości, którą trudno zmierzyć i jeszcze trudniej opisać. Od zawsze uważam, że to nie jest książka dla dzieci. To książka dla każdego, komu w sercu gra miłość i kto chciałby w tę grę grać z bliskimi.  

Ciepło, spokój i radość bijące od dwu bohaterów przez wiele wieczorów uczyły nas, jak mówić o miłości językiem czułości, humoru i bliskości. Dziś słowa „Myszko, mamo, tato, a wiesz, że Cię bardzo kocham” to codzienność w naszym domu i jestem pewna, że to między innymi lekcja udzielona namprzez dwu bohaterów z długimi uszami. Słowa te pojawiają się u nas nie tylko w momentach pełni radości, ale i w momentach trudnych, które wymagają od nas dogadania się i poznania wspólnych potrzeb. To słowa, które prosto brzmią, ale niosą z sobą mnóstwo ciepła. Nie tylko tym, którzy je słyszą, ale i temu, kto je wypowiada. Bez względu na okoliczności. 

Obowiązkowa lektura do poduszki w każdej kochającej się rodzinie. 


Karolina Anweiler, mama zakochana w córce i w maziajach i ciaparajstwach (https://www.facebook.com/maziajeiciaprajstwa?ref=ts&fref=ts)

Zastanawiam się czasem czy robię coś innego poza czytaniem książek mojemu dziecku? Bardzo prawdopodobna wydaje mi się odpowiedź , że nie. Poza czytaniem  książek robimy niewiele. Czytanie to dla nas nie jedynie akt odcyfrowywania znaków i otwieranie książki, to cały, zagarniający wiele czasu proces; wybieranie, decydowanie, zamawianie, spacery do biblioteki, przetwarzanie itd... 

Zatem codzienność moja i małej dziewczynki od początku do końca związana jest z książkami. Nie przepadam za określeniem „wychowuję” ale jeśli dodam do tego wyrażenia „książki” to już bardziej mi ta fraza pasuje. Moje dziecko  wychowują książki. Dbam o to żeby to były pozycje, które poruszają, które uderzają w wewnętrzne struny, rezonując echem w ciele, w wyobraźni. Lubię szukać nietuzinkowych tytułów, lubię odpakowywać paczkę z wydawnictwa (tak, nie kupuję w księgarni, bo na półkach w sklepach zwykle nie ma żadnej wartościowej pozycji), oczywiście najbardziej lubię siadać z dziewczynką na kolanach i nurkować w nowy świat. Wiele razy w ciągu dnia. Nie tylko wieczorem do poduszki. Czytamy rano, czytamy przed zabawą, czytamy zanim zaczniemy rysować, książki wędrują po całym mieszkaniu jak kolorowa chmura. Jak ta chmura, która unosi pewnego niedźwiedzia na górę by wysechł, tak nas unoszą książki. Ratują, jakby w podziękowaniu za opiekę, jak te motyle. 

Dlaczego pokochałam „Niedźwiedzia łowcę motyli" Susanny Isern z ilustracjami Marjorie Pourche od pierwszego wejrzenia?

Wydawnictwo Tako to nie masowa fabryka czytadeł marnej jakości, wiadomo, że jeśli szukamy wysmakowanej książki to szansa na zawód jest niewielka. Większość, jeśli nie wszystkie pozycje z serii OQO nie rozczarują czytelnika. Charakterystyczna kwadratowa książka, dobrej jakości gruby papier, zazwyczaj niebanalne ujęcie zwykłej życiowej historii. Daje nam na dłuższą chwile pławić się tym nieczęstym przecież uczucia “ach jakie piękne”, w czystym zachwycie. 

Pewnego dnia niedźwiedź wszystkozbieracz, znajduje siatkę na motyle. Logiczne i proste wydaje się, że jeśli niedźwiedź lubi zbierać, a główną część swojego życie spędza na wyszukiwaniu skarbów ukrytych w lesie, zdobycie narzędzia do regularnego zasilania kolekcji pięknymi suszonymi motylami to strzał w dziesiątkę. 

Na szczęście nasz bohater ma lepsze serce niż przeciętny dorosły czytelnik. Niedźwiedź zaczyna używać siatki do ratowania motyli, które wpadły do wody. Suszy je poźniej na swoim nosie.... Motyle myślą jednak logicznie i stereotypowo. Gdy tylko odzyskują przytomność po wypadku i konstatują swoje położenie z lękiem odlatują bez słowa z niedźwiedziego nochala. Sytuacja powtarza się wiele razy, bo niedźwiedź na stałe usadowił się przy stawie pełniąc funkcję ratownika wodnego. Jednak od profesjonalisty odróżnia go fakt, że sam nie potrafi pływać i gdy jemu zdarza się wypadek.... nie chce zdradzać fabuły choć chyba kilka akapitów wcześniej coś zasygnalizowałam. 

Historia niedźwiedzia to udane połączenie formy i treści. 

 Historia o empatii, przyjaźni, bezinteresownej pomocy. Ale też o akceptacji. To poetycka wizja znajdowaniu swojego miejsca na ziemi. W warstwie ilustracji  pastelowe, naturalne kolory. Konturowe wyraziste postaci wypełnione każdy osobną fakturą wyglądają niemal trójwymiarowo. Natężenie szczegółów sprawia, ze możemy snuć historie w nieskończoność... łaskotać dziecko w wyobraźnie niewinnymi pytaniami, a jakby niedźwiedź wybrał lunetę, to co by łapał? Spadające gwiazdy? A jaką zupę ugotuje w swoim garnku, o której godzinie dzwoni budzik? A jaką herbatę piją z Blanką.... co przedmiot to pytanie..... co pytanie to rozmowa. Z własnym dzieckiem, z grupą, a potem można  rysować, potem wziąć farbę, połączyć z kredką, poszukać faktury, znaleźć swój sposób na niedźwiedzia

Dobra książka to dla mnie zaproszenie. Zawsze, do rozmowy , zabawy, twórczości. Do kontaktu z drugim człowiekiem.


Marta Sikorska, mama Bu (http://equieducation.pl/)

Nieśmiałek, czyli śmiało o ty, jak jest. 

 Sylwia Chutnik kojarzy mi się z odwagą i śmiałością w kwestiach macierzyństwa, rodzicielstwa czy kobiecości. Ucieszyłam się na widok dziecięcej okładki z jej nazwiskiem. Ocho! Może jakaś odważna książeczka dzieciowa!? Patrzę dalej na tytuł, „Nieśmiałek”. Nie brzmi zbyt odważnie, ale mimo to biorę. Książeczka jest z sekcji książkowej w dużym hipermarkecie, gdzie rzadko widuję coś innego niż komputerową grafikę opartą na disnejowskiej kresce. Dlatego wpada mi w oko. Na ilustracjach widać ludzką rękę, indywidualny styl rysowniczki, dbałość o szczegóły. Mój synek lubi czytać te same książki raz po raz dlatego ważne są dla nas ilustracje, na których możne odkrywać szczegóły wzbogacające historię. „Nieśmiałek” takie posiadał. Nie będę zdradzać szczegółów historii Nieśmiałka i napiszę tylko tyle, że dotyczy ona ogromnej trudności chłopca w byciu w szkolnej społeczności na zasadach tam przyjętych. W szkole trzeba się „socjalizować”, co często oznacza dopasować do większości, zrezygnować z tego co dotychczas było „nasze”. W szkole trzeba udowodnić swoją wartość w określony sposób: publicznie prezentując swoje umiejętności, zmieścić się w kryteria w narzuconym czasie i w konkretnie określony sposób. W „Nieśmiałku” szkolność zderza się z indywidualnością, z nieśmiałością. Nikt tu jednak nie zwycięża. Jest za to mediująca postać pani nauczycielki. Używam słowa mediujący bo rozumiem mediację jako zjawisko pozwalające za wyjść poza biegunowość, poza dynamikę konfliktu a w zamian otwierające drzwi na grunt współpracy, porozumienia, usłyszenia siebie i innych. Uczucie bycia słyszanym, zobaczonym takim jakim się jest uskrzydla, daje ulgę. To dar empatii. I o tym jest „Nieśmiałek”. Przeczytajcie.